RSS
sobota, 03 lipca 2010
Duch, pleśń i dom

Wbrew temu, co ostatnio zostało o mnie powiedziane - nie mam zadatków na podróżnika-awanturnika, a lwia część moich "przygód" i doświadczeń leży w zasięgu każdego, kto postawiłby swą stopę na tej długości/szerokości geograficznej, co ja. Weźmy na przykład taki wyjazd do parku narodowego Bokor z malowniczymi ruinami pofrancuskiego kasyna - cała wycieczka to organizowany przez miejscowe biura podróży całodzienny wypad, w ramach 20 dolarów zapewnione są: dojazd, bilet wstępu do parku, dwugodzinna wspinaczka przez dżunglę z przewodnikiem, zwiedzanie "french station" na wzgórzu Bokor, skromny lunch i przewózka łódką po rzece w Kampocie w promieniach zachodzącego słońca. Oprócz reprezentacji Polski partycypują też hałaśliwi Bryci, Australijczycy w klapkach i dwie Francuzki oraz Khmerzy, rzecz jasna.

Po wjechaniu na teren parku przesiadamy się z wygodnych minibusów na "pakę" ciężarówki-wywrotki, identycznej, jak te, z których korzystają budowlańcy kładący drogę w górę wzgórza. Po pół godziny siedzenia na pordzewiałej, metalowej powierzchni, podczas, gdy pojazd pokonuje wertepy i "chęchy", a słońce wspina się coraz wyżej na niebo... tak, bolą nas tyłki i pieką nosy. Wg przewodnika - kilometr w dół od nas jest morze. Czasem rzeczywiście je widać, ale nie sposób sfotografować - trzęsie, a poza tym nie chcę wypaść za "burtę". Awanturnik?

bokor road

A potem wjeżdżamy na Wzgórze i nagle atmosfera zmienia się jak w tendencyjnym horrorze - ni stąd, ni zowąd robi się po szkocku mgliście i mokro.  Widoczność jak na włościach w "Innych". Brrr...

bokor hill road

Aby atmosfera była jeszcze gęstsza - przed wejściem do gmachu kasyna, które właśnie będziemy zwiedzać wita nas tablica z bardzo wyrazistym przekazem:

no entry

Ale zanim ktokolwiek weźmie to za dowód na istnienie "awanturniczego pierwiastka" w Suoziming wyjaśnię, że jestem jedną z dziesiątek turystek, które w ciągu tygodnia przechodzą obok tej tabliczki, by przekroczyć próg Bokor Palace.

bokor palace casino

Kilkupiętrowe kasyno, gdzie w latach 20-tych grali Francuzi, a dziś - hula wiatr.

bokor palaca interior

Na podłodze jeszcze są kafelki, ale na ścianach - pleśń we wszystkich kolorach zakrywa resztki tynku i farby.

bokor palace2

"Metale, glina, piórko ptasie/cichutko tryumfują w czasie", huh?

bokor palace window

Ponoć część szulerów, którym się nie poszczęściło, rzuciła się ze szczytu wzgórza. Inni mogli udać się do pobliskiego kościoła katolickiego, pomodlić się o przypływ gotówki. Dziś kościół spleśniał, zagrzybiał i pokrył się porostami - im wszystko jedno - dom boży, czy świątynia rozpusty. Mi jako Człowiekowi Z Aparatem nie jest obojętne - kasyno jest bardziej fotogeniczne, bo mleczne, mgliste światło ma tu więcej otworów, by wpadać i igrać z obiektywem. Gdyby była tu Tori albo Daming, wiedzieliby, co zrobić, żeby pokazać to najlepiej... ja jakoś próbuję sobie radzić po laicku, np. tak:

bkr1

Lub tak:

bokor

Albo tak:

bokor palace inside

I jeszcze tak (ech, fotografowie, naprawdę wish you were here...):

bokor stairway

Z innych skojarzeń - sam styl budynku przywodzi mi na myśl obrazy Hoppera:

bokor as hopper

A tutaj - kolejny obrazek z Miasta Duchów - spód hotelowego dachu wygląda trochę jakby widniał na nim... dobra, nie chcę, żeby zabrzmiało zbyt wydumanie, zwłaszcza, że nie widziałam (jeszcze!) Grand Prismatic Spring z parku Yellowstone, ale pamiętam je ze zdjęć i nie mogę uniknąć tego skojarzenia...

roof or grand prismatic spring

Swoją drogą hotel musiał być w czasach świetności nawet niezły, ale nawet teraz dziki hibiskus rosnący w wielkiej kępie przed wejściem nie odejmuje temu przybytkowi splendoru

hotel on bokor hill

Część drogi powrotnej to znów przeprawa przez dżunglę, która troszkę nas rozczarowuje (dżungla znaczy się) - inna roślinność, ale pod względem gęstości nie różni się zbytnio od wytęsknionych polskich lasów (swoją drogą w Yunnanie właśnie wysyp grzybów wszelkich kształtów, kolorów i maści, co obserwujemy na targu... ale muchomorów nie sprzedają :>). Jedyna różnica jest taka, że wspinając się krętą ścieżką podczas spaceru po lesie w Polsce nieczęsto odkrywasz, że koszula klei się do ciała na piersiach, a z czoła kapie pot. Tutaj - mimo mało hardcore'owego szlaku - człowiek odkrywa, w jakiej części składa się z wody... błyskawicznie ją tracąc. Jednemu z uczestników wycieczki należy się medal za głupotę... albo odwagę - spacerek po dżungli w plastikowych klapkach musiał przerywać co paręnaście minut - żeby przy pomocy zapalniczki pozbywać się tłuściutkich pijawek przyssanych do stóp.

Na koniec wycieczki - wspomniany rejs rzeką wzdłuż Kampotu i w stronę morza. Przewoźnik był w doskonałym nastroju:

udź

A chwilę później spod strzechy, którą przykryta jest łódka możemy obserwować kampockich rybaków wypływających na połów:

kampot fishermen

I tu właściwie blogowe wpisy żegnają się z Kambodżą - czas wracać do Kunmingu, gdzie jeszcze ostatnie tygodnie mojej chińskiej przygody upływają szybko i bezlitośnie. Jedna ze znajomych, którą pytałam o Kambodżę jeszcze przed swoim wyjazdem odpowiedziała krótko: "Zostawiłam tam serce". Myślałam sobie - mówić w taki sposób to przesada i podtrzymuję to, ale wyjazd z Kambodży uświadomił mi dwie rzeczy - primo: naprawdę było mi żal wyjeżdżać, co chyba oznacza, że były to udane wakacje; secundo: w momencie kiedy siedzieliśmy w taksówce zabierającej nas z kunmińskiego lotniska ku mieszkaniom poczułam, że WRÓCIŁAM, że za chwilę będę w swojej bezpiecznej przystani. W domu.

Między awanturnikiem a domatorem nigdy nie postawiłabym znaku równości. Tom Waits śpiewał, że ma serce w butach, a dom gdziekolwiek, gdzie ułoży głowę. Odyseusz po latach tułaczki i awanturniczych przygód dotarł do Itaki.  A ja?

Znów jestem w Kunmingu i dla mnie to tylko kolejny punkt wyjścia. Za miesiąc o tej porze już mnie tu nie będzie. Za miesiąc i dwa dni będę w Domu.

11:34, suoziming88
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 czerwca 2010
Jak śliwka w Kampot (i w Kep)

Wspominałam już, że w Kambodży oprócz właścicieli Lexusów panoszących się po stolicy mieszkają też biedni ludzie, prawda? W Kampocie, miasteczku położonym u ujścia rzeki wpadającej do Zatoki Tajlandzkiej ergo Pacyfiku ludzi, którzy być może nigdy nie widzieli Lexusa, a co dopiero myśleć o kupnie - nie brak. Spora część mieszkańców trudni się rybołówstwem i mieszka tak:

kampot fisherman's hut

Myli się jednak ten, kto sądzi, że oprócz drewniano-blaszanych domów wzniesionych na palach w Kampocie i okolicy nie ma bardziej "europejskiej" zabudowy. Jest jej całe mnóstwo, pozostawionej przez Francuzów, którzy z oddalonego o 25 km na południowy-wschód Kep uczynili modnyw latach 20-tych ubiegłego wieku nadmorski resort, a w środku dżungli na wzgórzu Bokor (40 km w kierunku zachodnim) postawili ogromne kasyno. Na razie jednak jeszcze chwilka w Kampocie:

kampot

Jeśli zadrzeć głowę do góry, uliczki Kampotu wyglądają tak:

kampot 2

A teraz proszę trzymać się mocno - wsiadamy na wypożyczony na cały dzień za 4 dolary motor i przejeżdżamy przez mostek:

kampot small bridge

Nie mylić ze starym, sporym mostem spinającym oba brzegi rzeki:

old bridge in kampot

Oba zostawiamy w tyle i ruszamy nad morze tj. w kierunku Kep, mijając po drodze nietypową sprzedawczynię:

carrier

Jak nikt inny mogłaby powiedzieć "wszystko na mojej głowie", a "wszystko" oznaczałoby w tym wypadku ryż, różnorakie doń dodatki oraz miseczki. Nie próbowaliśmy, ale tubylcy jak najbardziej kupują swoje poranne przekąski od pań-stoisk. Jedziemy dalej?

kapliczki

Kolorowe jak meksykańskie nagrobki - z daleka wyglądają trochę jak kiczowata, betonowa wersja karmników dla ptaków. Tymczasem są to małe "domki dla duchów/bogów". "Przypuśćmy" - tłumaczy mi koleżanka z Tajlandii, której taki widok w ogóle nie dziwi - "że tam, gdzie chcesz postawić dom mieszka sobie teraz bóg ziemi. Nie gniewałabyś się, gdyby ktoś wybudował sobie dom na Twoim terenie? Dlatego stawiasz bogu mały domek, a za nim budujesz swój. Co jakiś czas zapalisz przy domku kadzidełka, zostawisz jedzenie, picie - i bóg się udobrucha." Czyż to nie genialne w swej prostocie? A praca dla kolejnych paru rąk produkujących domki dla bogów i duchów - zapewniona. Jedźmy dalej!

typical Cambodian road

Biednie, ale jak dla mnie - i tak pocztówkowo. Większość Kambodży, którą widziałam z okna autobusu i z siedzenia motoru to właśnie taki krajobraz - płasko, pola, kilka palm i chaty na palach. A to już Zatoka Tajlandzka w Kep:

seaside kep

Na horyzoncie - wyspy. Sokoloocy dostrzegą być może także Phu Quoc, która należy do Wietnamu. Wielu turystów wybiera się na Wyspę Króliczą (Koh Tonsay) słynącą z ładnych plaż, my jednak mijamy kilkumetrowego kraba...

giga crab

i zajmujemy jeden z zadaszonych podestów na Kokosowej Plaży. Za chwilę na naszej macie zagoszczą trochę mniejsze kraby, od giganta różniące się także kolorem:

crab

Pomyśleć, że jedyne, co w Kunmingu z krabami (przynajmniej w założeniu) ma coś wspólnego to jedna z pozycji w menu którejś z koreańskich knajp - crap soup... Miałam zrobić zdjęcie temu zapisowi, ale zapomniałam.

Tymczasem mam przed nosem prawdziwe i śliczniaste kraby, a tu z zapłatą kłopot, bo riele wykąpały się razem z nami i teraz suszą się i sztywnieją od soli. Nic to... owoce morza akurat tutaj SŁONO nie kosztują ;) Sielanka, można wskoczyć na hamak i bimbać na wszystko.

hamak

 

riel

Przy śmietniku buszują małpy. Małpiątko przyczepiło się do maminego brzucha i teraz ciekawsko odwraca głowę w stronę obiektywu. Tuż nad moją głową małpa huśta się na liniach wysokiego napięcia, zwisających luźno między kolejnymi słupami.

monkeyz cambodia

Kiedy patrzę na wszystkie zdjęcia z tego etapu mojej wycieczki do Kambodży zachodzę w głowę, jak to się stało, że miałam WAKACJE jeszcze chwilkę temu, teraz zaś znów tkwię po czubek głowy w chińskich podręcznikach. Tymczasem w Polsce zdaje się, że wakacje (przynajmniej dla dzieciaków z niższych niż uniwersytet szczebli edukacyjnej drabiny) za pasem. Mi pozostaje na razie masochistyczna medytacja nad zdjęciami sprzed trzech tygodni. To se ne vrati, huh?

red tree

Na pociechę - przede mną jeszcze jeden wpis=jeszcze jeden pretekst do nurzania się w wakacyjnych wspomnieniach. Notka o Mieście Duchów już wkrótce!

15:33, suoziming88
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 czerwca 2010
Piękność dnia (II)

Jak pamiętacie, zostałam posiadaczką (i użytkowniczką) trzydniowego biletu do Angkoru. Każdego dnia jedna ze świątyni-piękności wywierała na mnie wrażenie większe od pozostałych i, szczęśliwie, dzień po dniu "piękność dnia" stawała się "pięknością tygodnia". Oto mój barrrdzo subiektywny i prywatny werdykt w wyborach miss Angkoru.

Druga Vicemiss - dzień pierwszy

bayon outside

Wyłania się zza zakrętu, tajemnicza jak las ze skały. Jest drugim po bramach Angkor Thom powodem, dla którego zakochałam się w twarzy Dżajavarmana VII. Świątynia Bayon - owszem, jeden z najbardziej znanych zabytków Angkoru. Pierwsza, jaką zwiedziłam i może dlatego też zachłysnęłam się jej urokiem tak bardzo. Z drugiej strony - dlaczego zachwyt nad Bayon'em miałby dziwić?

bayon2

Piękna 800-latka, a zarazem świadectwo narcyzmu krytego pod płaszczykiem dewocji ;) Ze szczytów trzydziestu siedmiu ocalałych wież ku czterem stronom świata spogląda twarz Lokeśvary (Buddy-Pana Świata), ale oczywiście jest to zarazem twarz króla Dżajavarmana VII... Zgoda, może "narcyzm" nie jest tu najodpowiedniejszym słowem, a biorąc pod uwagę podkreślanie boskiego rodowodu króla w khmerskiej cywilizacji staje się on określeniem wyjątkowo nie na miejscu. Niemniej Wielki Brat, ekhm, tj. Wielki Król - patrzy...

bayon face towers

Pierwsze roztańczone apsary - radość harmonijnych ciał zaklęta w kamieniu

apsaras bayon

Oprócz dużych, ciemnoskórych aniołów śpiewających gospel chrześcijaństwo nie ma nic, co można by porównać do wdzięcznych, radosnych apsar. Aniołom z kościelnych murów już bliżej do statycznych, powściągliwych devat, choć z pewnością nie pod względem odzieży ;)

devatas bayon

Gdybym dostała anielskich skrzydeł, mogłabym spojrzeć Dżajavarmanowi prosto w twarz, a tak co najwyżej mogę oglądać dziurki od nosa Jego Wysokości. Dobre i to!

head tower bayon

Pierwsza Vicemiss - dzień drugi

banteay srei

Świątynia- cukierek, a może raczej torcik. Cacko niczym carskie jajo Fabergé. Maleństwo z drugiej połowy X w. (!!!!!) wykonane w pięknym czerwonym piaskowcu, rzeźbione niemal igiełkami. Z tyłu głowy coś szepcze, że nad Wisłą ze świecą szukać takich śliczności z analogiczną metryką. Banteay Srei będzie sobie stać już od 200 lat kiedy czyjeś ręce zbrojne w dłuto ozdobią romańskie kolumny kościoła św. Trójcy w Strzelnie. Będzie stać od 400 lat z okładem, gdy Wit Stwosz ukończy Ołtarz Mariacki. Ech...

banteay srei carving

W centrum frontonu powyżej: jedna z inkarnacji Wisznu (lwia głowa w samym centrum) rozrywa pazurami leżącą pod nią postać demona (głową w dół).

Budynki są niziutkie, a przechodząc przez otwory drzwiowe musiałam się schylać, jeśli nie zginać wpół. Dzięki temu wspaniałe detale, które zwykle znajdują się wysoooko - tutaj można docenić w całej ich krasie. Jeszcze jeden fronton?

banteay srei closeup

Wg bardzo mądrego przewodnika powyższa scena przedstawia pożar w mitycznym lesie Khandawa. Cierpliwi mogliby liczyć liście na drzewach ponad rydwanem i głowami bohaterów sceny. A teraz znów odchodzę na kilka kroków i cieszę oko całokształtem - istny sen cukiernika!

banteay srei cupcake

I jeszcze!

more banteay srei

A teraz, przed ogłoszeniem, komu należy się tytuł Miss w wyborach firmowanych przez Suo Ziming - gościnnie wystąpi Angkor Wat w towarzystwie Wschodzącego Słońca:

angkor wat sunrise

I z bliska (o świcie nie ma aż tylu turystów wewnątrz, ponieważ wszyscy czają się jak czajniki przed sadzawką, żeby schwytać podwójny Angkor i podwójne Słońce na swoje klisze i matryce cyfrowe):

angkor wat gopura

Swoją drogą Angkor Wat oglądany z bliska bardzo mnie rozczarował. Im dalej od niego, tym jest piękniejszy - oglądany z wewnętrznego dziedzińca nie mieści się w kadrze, a co za tym idzie, jego fascynująca symetria nie daje się ogarnąć.

W tym roku prowadzone od strony wschodniej prace renowacyjne "zepsuły" budowlę kilkoma wielkimi płachtami zielonej folii, pod którą skryte są rusztowania. Od zachodu można natomiast doświadczyć Angkor Wat rustykalnego:

rural angkor

Swoją drogą ciekawe, czy krowy też płacą za wstęp?

A poniżej na dowód mojej teorii, że Angkor Wat im dalej - tym piękniejszy:

angkor wat - west side

Na koniec sesji Angkor Wat'owej - z bardzo bliska i nietypowej perspektywy - devaty:

devat-ass

Jeszcze kilka centymetrów i dowiedzielibyście się, czy te kamienne piękności są jak Szkoci i mają pod spódniczką... a może raczej nie mają? ;) Kto ciekaw, niech sam przybywa do Angkor Wat i sprawdza! Ja tymczasem z wielką przyjemnością przedstawiam Wam...

Miss Angkoru

preah khan

Ostatnia świątynia, jaką zwiedziłam w Angkorze... i całe szczęście! Preah Khan to mój angkorski Neapol - zobaczyć i... poddać się natychmiastowej reanimacji, żeby zwiedzić w Kambodży coś jeszcze ;)

Zanim o samej świątyni - może jeszcze troszkę zdjęć?

preah khan 2

 

preah khan 3

 

preah khan carving

Na północ od bezpiecznych murów Angkor Thom Dżajavarman VII (tak, znowu on!) pod koniec XII w. wybudował świątynię-miasto na cześć swojego ojca. Oprócz głównej świątyni poświęconej znów Lokeśvarze w Preah Khan dom znalazło 430 mniejszych bóstw. Przy tym Preah Khan stanowiła też ośrodek buddyjskiego kształcenia - buddyjski uniwersytet. Przechadzając się ciemnymi korytarzami, które przechodzą w dziedzińce pełne kaplic i kapliczek myślę, że pobieranie tu nauk mogło być bardziej magiczne niż w Hogwarcie:

preah khan 3

Dziś Preah Khan to prawdziwy labirynt, ze ślepymi uliczkami powstałymi po zawaleniu się części korytarzy, miejscami przerośnięty dżunglą niczym w Ta Prohm:

preah khan 4

 

preah khan 5

 

preah khan 6

Mimo, że Praeh Khan nie jest świątynią-górą, można tu odnaleźć wiele innych charakterystycznych dla khmerskiej architektury sakralnej motywów. Powtórka z dziwnego, specjalistycznego nazewnictwa?

1) dvarpala

preah khan dvarpala

2) apsary

apsaras preah khan

3) devata (w głębi, po lewej)

devata preah khan

Rozległość Preah Khan wcale nie męczy. Liczne detale wymuszają na turystach powolne zwiedzanie, dopraszają się o uwagę, bo to w nich, skrytych w zakamarkach leży cały urok świątyni. Bardzo żałuję, że nie jestem lepszym fotografem. Profesjonaliści uznaliby Preah Khan za prawdziwy raj. No, może oprócz tych od sesji dla Vogue'a - piękny plan zdjęciowy mógłby przyćmić Vuittonów, Kleinów i Chanele, że o kościstych modelkach nie wspomnę.

preah khan corner

Z góry czy z daleka Preah Khan wydaje się niekiedy chaotycznym gruzowiskiem, jest więc przeciwieństwem Angkor Wat czy Pre Rup, których formę najlepiej doceniać z większej odległości:

preah khan from above

 

preah khan 7

Bez strzelistości Angkor Wat, bez obsesyjności Bayonu, bez kunsztowności Banteay Srei, bez popularności Ta Prohm... Preah Khan wygrała mój prywatny konkurs piękności. Jak parę innych rzeczy na tym świecie - bardzo zyskała przy bliższym poznaniu.

preah khan 8

08:24, suoziming88
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 czerwca 2010
Piękność dnia (I)

Istnieją trzy rodzaje biletów do Angkoru: jednodniowy za 20 dolarów, trzydniowy za 40 dolarów i tygodniowy za 60 dolarów. Obawiam się, że nieszczęśnicy, którzy kupili bilet jednodniowy opuszczają dawną stolicę Khmerów z mętlikiem w głowie i potwornym niedosytem. Zdecydowawszy się na bilet trzydniowy stwierdzam, że mnie usatysfakcjonował, zwłaszcza, że nie trzeba zwiedzać przez trzy dni pod rząd.

Zwiedzanie rozpoczyna się za każdym razem od wynajęcia tuk-tuka, który przywozi do kolejnych świątyń, czeka, aż obejrzysz i zabiera do kolejnych. Tym, którym wydaje się to burżuazyjną i snobistyczną fanaberią proponuję rzut oka na mapę. Siem Reap dzieli od Angkor Wat 7km w kierunku północnym, od Angkor Thom - 8. Nawet dotarłszy do Angkor Thom ma się przed sobą kilkukilometrowe spacery pomiędzy jedną a drugą atrakcją. Być może szczęśliwi posiadacze tygodniowych biletów mogą sobie na to pozwolić czasowo, ale nawet oni po parogodzinnym przebywaniu w upale będą mieć dość.

Dzięki wynajęciu tuk-tuka mogliśmy dotrzeć do oddalonej od Siem Reap 13 km (i to na południe, a więc w przeciwną stronę niż Angkor Wat czy Angkor Thom) grupy świątyń zwanej Roluos, a także do bogato rzeźbionej Banteay Srei - 32 km na północny wschód od miasta. Podróż i zwiedzanie tych oddalonych od "centrum" świątyń zajęło nam niemal cały drugi dzień. Przy okazji zobaczyliśmy też kambodżańską stację benzynową:

benza

Skryte pod parasolami półki pełne butelek z żółtawym płynem widywaliśmy już w Phnom Penh i początkowo podejrzewaliśmy, że to stoiska z gorzałką lokalnej produkcji. Oczywiście, duże stacje benzynowe też mają w Kambodży swoje miejsce (w Kampocie stacja Total będzie podstawowym punktem orientacyjnym, a przy tym dworcem autobusowym i postojem taksówek), ale zdaje się, że to z małych tuk-tukarze i motocykliści korzystają chętniej.

*

Za każdym razem zbliżając się do świątyń czułam pewien rodzaj niepokoju. Chciałam każdą z nich traktować "fair", czytając o ich wieku, historii, konstrukcji, jednak podświadomie dążyłam też do subiektywnego ułożenia w głowie całkiem prywatnej listy angkorowych "naj". Trochę tak, jakbym stała się jurorem w przedziwnym konkursie piękności, gdzie każda świątynia jakoś chce walczyć o mój głos i względy; każda piękna, wyjątkowa i szczycąca się unikalnym  charakterem. Ja jednak, będąc tylko człowiekiem, w dodatku nie posiadającym specjalistycznej wiedzy, niesprawiedliwie daję się ponieść emocjom w moich sądach. A teraz ogłaszam werdykt w wyborach miss Angkoru:

Miss Cegły/ Miss Publiczności Mrówkojadów/ Miss Dobrych Widoków Z Góry:

pre rup

Prawda, że Pre Rup wygląda z daleka jak kopce termitów? (stąd laur od mrówkojadów). Wzniesiona w 961 (tak, wciąż przed chrztem Polski) była centralnym punktem stolicy. Z wysokich wież dziś widać maleńki stożek głównej wieży Angkor Wat (chociaż podczas budowy Pre Rup nikt jeszcze nawet o niej nie śnił). Jest to też Miss Lwów:

lwy pre rup

A przy okazji: jak Oni je tam wnieśli???

Miss Żwawych Seniorek/ Miss Pięknego Starzenia:

u stóp bakongu

Jak na swoje 1129 lat trzyma się całkiem nieźle! Imponujące schody (była to pierwsza świątynia zbudowana wg konceptu "świątyni-góry"), pięknie zachowana centralna wieża i nie gorszy widok, a do tego starzejące się z godnością rezerwowaną zazwyczaj dla dobrych win - płaskorzeźby. Dvarpala starszy niż Mieszko:

bakong dvarpala

I jeszcze scena, której nie jestem stanie zinterpretować... co nie znaczy, że nie mogę się nią zachwycać ;)

bakong detail

Miss Stylu Angkorskiego / Miss Elegancji i Proporcji:

banteai samre gate

Chociaż to od Angkor Wat pochodzi nazwa wiodącego stylu obowiązującego w XI-XII w., moim zdaniem to nie wielka świątynia reprezentuje ów styl najwdzięczniej. Banteay Samre nie jest co prawda świątynią-górą, ale piękne płaskorzeźby zdobiące frontony i tarasy w kształcie krzyża, na których postawiono sanktuaria stanowią kwintesencję elegancji okresu angkorskiego, klasycznego dla khmerskiej architektury.

banteai samre

Poza tym - jest kameralnie, jednodniowi "zaliczacze" świątyń nie dotrą tu, ograniczając się do gonitwy po Angkor Wat, Angkor Thom i Ta Prohm. Poza tym byłaby to też Miss Bikini, ponieważ za grubymi murami otaczającymi świątynię znajdowały się wewnętrzne fosy, dziś jednak do sanktuarium można wejść "suchą nogą":

banteai samre moat

Miss Publiczności i Obiektywu:

ta prohm

Oprócz Angkor Wat - najczęstsza ozdoba widokówek. Ta Prohm, romantycznie zżerana przez korzenie, mech i porosty, pokryta zielonym nalotem jak wyciągnięta po stuleciach spędzonych na dnie morza:

ta prohm2

Przy okazji jest to Miss Laurek na Dzień Matki - słynny król-budowniczy Dżajavarman VII, którego uśmiech wieńczy bramy do Wielkiego Miasta (Angkor Thom) zbudował tę świątynię, by podkreślić zasługi swojej matki, a centralną rzeźbę świątyni kazał wzorować na postaci królewskiej matki właśnie.

ta prohm3

Pozostawiona przez Francuską Szkołę Dalekiego Wschodu kierującą pracami konserwatorskimi w Angkorze w stanie "kontrolowanego zaniedbania" Ta Prohm ma sugerować, w jakim stanie znaleźli Angkor jego "odkrywcy" w XIX w. Część roślinności pozostawiono, a część usunięto, by umożliwić zwiedzanie. Sterty zwalonych dawno kamieni kontrastują z dźwigiem, który poświadcza o pracach nad wzmocnieniem części XII-wiecznej konstrukcji:

ta prohm restored

Zwykle na pocztówkach zza pękającego portalu czy rzeźbionej ramy okiennej wyłania się pomarańczowa mnisia szata, jednak to raczej inscenizacje. Owszem, w świątyniach nadal palą się kadzidełka, buddów odziewa się w nowe tkaniny i układa świeże kwiaty, ale w Ta Prohm nie zaobserwowałam tego w żadnym z zakamarków. Zamiast tego - wtapiający się w tło, ubrani w beże i szarości strażnicy kulturowego dziedzictwa, kontrolerzy biletów, żółtogłowi (przez kaczeńcowe kaski!) robotnicy i pstrokaci turyści, których, wbrew moim narzekaniom, wcale nie było aż tak wielu. W końcu upalno-mokry czerwiec w większości przewodników jest raczej odradzany. Vivat wyjazdy poza sezonem!

ta prohm and guard

OK, wpis rozrósł się i rozpasł od zdjęć, a przed nami pierwsza trójka Piękności. Ostatni rzut oka na Ta Prohm, o którym każdy przewodnik MUSI zawzmiankować, że kręcono tu sceny z filmu "Tomb Raider", co najmniej, jakby nie był to jeden z największych gniotów w historii kina (a jeśli używając tego sformułowania brzmię zbyt butnie, w porządku, niech będzie, że to jeden z najsłabszych filmów, jakie kiedykolwiek zdarzyło mi się oglądać). Piękny plener filmu nie czyni, tak jak jedna jaskółka - wiosny.

ta prohm last

16:33, suoziming88
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010
Angkor na horyzoncie

A ja czytam przewodniki i szczęka opada mi coraz niżej. Ktoś pamięta jakąkolwiek wzmiankę o imperium khmerskim z lekcji historii? W czasach, gdy Londyn liczył 50 tysięcy mieszkańców (mniej niż moje rodzinne miasto!), Angkor był miastem milionowym. Od IX wieku (chrzest Polski - jak nie patrzeć - X wiek i to druga połowa) władcy imperium Khmerów wznosili tu dla swoich bogów wspaniałe siedziby. Ponieważ bogowie tak naprawdę pochodzili z Indii, aby zachęcić ich do zaszczycenia angkorskich progów pokolenia varmanów (imiona wszystkich khmerskich królów kończą się na varman czyli "obrońca") budowali świątynie wzorując się na układzie Góry Meru, gdzie Shiva, Wisznu i Brahma pierwotnie mieli swą siedzibę. Będę o tym pamiętać, wspinając się po stromych schodach świątyni Ta Keo i patrząc w dół:

ta keo

Wstępu do boskich pałaców bronią dvarpalas (ten poniżej strzeże jednego z sanktuariów w Preah Khan):

dvarpala

A wnętrza pałaców opromieniają swoim wdziękiem devaty o apetycznych kształtach i w diademach na misternie ufryzowanych głowach czyli boginie (te poniżej zamieszkują Bayon):

devaty

Nie mylić z apsarami, które, niższe rangą, są niebiańskimi tancerkami (patrząc na ich gibkość chciałoby się dodać "o niebiańskiej sprawności"):

apsary z chao

Swoją drogą, kilka centymetrów dalej korowód kamiennych tancerek z XII-wiecznej Chao Say Thevoda zmienia się w XXI-wieczny. Dobitny dowód na to, że rekonstrukcja rekonstrukcją, ale dziewięć wieków, podobnie jak słowo "prawie" - robi wielką różnicę:

chao say nowe

To jeden z wielu obserwowalnych efektów zakrojonej na szeroką skalę akcji reastauracyjno-rekonstrukcyjnej w Angkorze. Przerwana w czasach Khmer rouge, po wpisaniu Angkoru na listę UNESCO w 1992 (zachodzę w głowę, czemu dostał się na nią dopiero wtedy, skoro lista istniała wówczas już od 20 lat) ruszyła ze wzmożoną siłą. Co prawda Czerwoni Khmerzy nie zniszczyli Angkoru per se, jednak to za ich rządów wiele świątynnych rzeźb i płaskorzeźb potajemnie wywożono na Zachód, gdzie trafiały do prywatnych kolekcji.

A złodziejom wszystkich epok zawdzięczamy fakt, że poniższy widok (znów Preah Khan) należy dziś do rzadkości:

linga

Linga, symbol falliczny, a zarazem symbol Shivy umieszczony w podstawie yoni oznaczającej pierwiastek żeński. Ponieważ władcy identyfikowali się z najwyższym bóstwem, linga to zarazem znak króla. Poza tym stanowiła ona centralny element sanktuarium, umieszczana w środkowej wieży skrywała pod podstawą kosztowności złożone w darze bóstwu przez budowniczego świątyni. Nic więc dziwnego, że do dziś dotrwało niewiele zachowanych w całościling - większość została zniszczona przez świątynnych rabusiów.

Oczywiście, w centrum świątyni mogły znajdować się także posągi, jednak zarówno figury wielorękich bogów jak i rzeźby przedstawiające Buddę dziś najczęściej przygnębiają pięknymi, lecz bezgłowymi ciałami, które kiedyś owładnięty chciwością zbir przewrócił i zdekapitował. Wiele razy zwiedzanie Angkoru jest wycieczką jakby w jednej przestrzeni, ale dwóch równoległych wymiarach czasowych: patrząc na okruchy wspaniałości przed oczami, myśli się o tym, jak niesamowite musiały one być Wtedy.

W szczególny sposób o choć odrobinę wyobraźni doprasza się Angkor Thom - Wielkie Miasto. Otoczony murami kwadrat o powierzchni 9 kilometrów kwadratowych, wita przybywających z każdej strony świata kamienną bramą z obliczem króla (tu: brama Południowa):

brama południowa

Za bramą, gdzie dziś turystów witają zagajniki palmowe i natarczywi sprzedawcy wody - rozciągało się drewniane miasto, nad którego dachami górowały wieże kamiennych świątyń i królewskiego pałacu. Co jakiś czas Dżajavarman VII i jego świta dosiadali słoni, by z platformy bogato rzeźbionego tarasu napawać się pięknem i dobrobytem Angkor Thom.

taras

Z tą wizją zostawiam Was na razie, ale obiecuję, że tajemnicza twarz Dżajavarmana VII jeszcze powróci, a Angkor Wat, z którym większość z Was utożsamia pewnie słowo "Angkor" jeszcze odetnie się od horyzontu piątką strzelistych wież.

11:40, suoziming88
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
"Wzgórze Penh"

Tak tłumaczy się nazwę stolicy Kambodży, gdzie wylądowaliśmy bezpiecznie z China Eastern (to nie w ramach kryptoreklamy, po prostu wiem, że niektórzy pytają potem, jak się dostać do Kambodży i za ile. W naszym przypadku lot w dwie strony to jakieś 1300zł za osobę (!) "No i jak tu nie jechać", jak śpiewał Przybora.). Na pokładzie, oprócz atrakcji w postaci Chińczyków jedzących swoje posiłki za pomocą noża i widelca (niektórzy ewidentnie debiutowali z takim osprzętem) - piękny chinglish na mokrych chusteczkach do rąk:

turban??

Tak więc jesteśmy w Phnom Penh, mieście, które ostatni król imperium khmerskiego uczynił swoją stolicą po ucieczce z Angkoru pod koniec XIV wieku. Tym samym Phnom Penh, które Francuzi nazywali Perłą Azji. I tym samym, które licząc 2 miliony ludzi w 1975, po przejęciu władzy przez Czerwonych Khmerów stało się miastem 500-tysięcznym. A dziś? Dziś znów mieszka tu król, którego pałac można zwiedzać, co też uczyniłam:

pałac sihanouka

Przyznam szczerze, że muzeum pałacowe w Luangprabang zrobiło na mnie większe wrażenie, mimo, że zajmowało mniej przestrzeni i mniej skrzyło się złotem. Tym, co urzekło mnie najbardziej w pałacu Sihamoniego (który przejął schedę po Sihanouku, gdy ten abdykował w 2004) były freski przedstawiające epizody z Ramajany:

fresk

Wykonane na początku ubiegłego stulecia freski biegną wzdłuż krużganków okalających Srebrną Pagodę i oglądanie ich to doświadczenie porównywalne z lekturą "Przygód Sindbada Żeglarza". Demony o błękitnej skórze, złote pałace, w których na satynowych poduszkach wypoczywają egzotyczne piękności, brawurowe pościgi konne - w porównaniu Szmaragdowy Budda i inne sławne skarby skryte w Srebrnej Pagodzie wypadły naprawdę blado!

Ponadto spacer wzdłuż fresków był przeżyciem wielowymiarowym, ponieważ tuż obok niesamowitą ścieżkę dźwiękową tworzyła doń grupa khmerskich muzyków:

pinpeat

Wszystkich, którzy chcieliby wiedzieć, jak brzmi bambusowy ksylofon roneat i krąg gongów odsyłam do youtube'owych poszukiwań - w Chinach nie mam dostępu do tej strony, więc nawet linkiem się nie przysłużę :( Na szczęście mogę Was zabrać na spacer nad Tonle Sap (rzeka, która wpada do Mekongu właśnie w Phnom Penh):

obywatel słoń

OK, umówmy się, że obywatel Słoń nie zasłania Wam rzeki aż tak bardzo... Podobnie jak Lexusy, których, biorąc pod uwagę fakt, że jesteśmy w jednym z najbiedniejszych krajów świata - cholernie tu dużo. A w kwestii środków lokomocji może jeszcze jeden widoczek:

cyclo

Ta dziwaczna hybryda wózka dla niemowląt i roweru widoczna na pierwszym planie nosi nazwę cyclo. Jako, że przeznaczona dla jednego pasażera, nie zostałą przez nas wypróbowana. Pozostaliśmy wierni środkowi transportu dobrze znanemu nam już z Laosu, choć w Kambodży wyglądającemu nieco mniej prześnie:

tuktuk z królem

Oho, "kareta" plus motor czyli tuk-tuk. W tle portret miłościwie panującego i flagi narodowe z pięcioma wieżami Angkor Wat. Swoją drogą nie trzeba jechać do Siem Reap, żeby przyjrzeć się kształtowi wież Angkoru - wystarczy spacer pod pomnikiem Niepodległości:

pomnik niepodległości

Wzorowany na kształcie wież Angkoru, a zarazem kształcie pąka lotosu, w czasie świąt narodowych pomnik zamienia się w wielki znicz. Ponieważ nie planowałam odwiedzania Pól Śmierci, w Phnom Penh do zobaczenia pozostaje nam Muzeum Narodowe. Po drodze znajduję jednak jeszcze:

ministerstwo magii

Z początku brzmi to dla mnie jak Ministerstwo Magii z Harrego Pottera, ale po namyśle stwierdzam, że może to nie takie znów dziwne. Zdjęcie jednak zrobiłam - w Polsce przecież takich instytucji nie uświadczysz. Zapraszam do Muzeum Narodowego:

muzeum narodowe pp

Przed nami grupka dzieciaków w szkolnych mundurkach, a pod czerwonymi dachami muzeum czeka przyjemny chłód i cień i...

muzeum narodowe pp wewnątrx

gdybym przyjechawszy do stolicy Kambodży jeszcze wahała się, czy warto mi jechać do Siem Reap i Angkoru - od tej chwili straciłabym wszelkie wątpliwości. Ja po prostu MUSZĘ tam pojechać! Kogo nudzą stare świątynie i rzeźby z czasów, gdy w Polsce czekaliśmy jeszcze na Piasta - może odpuścić sobie lekturę kolejnych wpisów albo... przeczytać je i zmienić zdanie. Poza muzeum aktualnie nieznośny, południowy upał, hałas i chaos; w środku - kamienny chłód, twarze uśmiechające się tajemniczo, trochę jak śpiący rycerze z renesansowych płyt nagrobnych; bezgłowe i bezrękie (choć czasem - wielorękie) postacie zastygłe w tanecznych pozach, atmosfera, jakby stężał tu czas. Jeszcze odwracam głowę, wychodząc z jednego z najprzyjemniejszych muzeów, w jakich zdarzyło mi się być

dziedziniec muzeum phnom penh

i myślami już jestem w Angkorze, choć w rzeczywistości dzieli mnie od niego sześć godzin jazdy autobusem. Ktoś wybiera się tam ze mną?

05:31, suoziming88
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 czerwca 2010
Zjeść Kambodżę

Nie będzie o sajgonkach, bo to, jak sama nazwa wskazuje, rzecz należna Wietnamowi. Nie będzie też o bagietkach z "pata" czyli pasztetem, które są, nawiasem mówiąc, przepyszne. Wrzucę tu tylko kilka nostalgicznych zdjęć do poprzeglądania w porze obiadowej.

curry z dynią

Niby też nie do końca khmerskie, bo curry to przecież Indie, ale nie mogłam się powstrzymać. W środku mięsista, aromatyczna dynia, młoda fasolka szparagowa, marchewki, tofu, mleko kokosowe... a obok kopiasta micha ryżu.

krewetowy

Smażony makaron z dużymi krewetkami, szpinakiem (chyba?) i marchewką. Proste i genialne, cały sekret to nie żałować krewetek ;) Makaron przypomina kształtem ten z azjatyckich zupek instant. Ciekawe, co było pierwsze - zupki z takim makaronem i potem znalazł on zastosowanie w kuchni czy producenci zaczęli imitować makaron, jaki jest popularny w ich krajach?

świeże kraby

Z tego co pamiętam, nad Bałtykiem skrytym za parawanami plażowiczom oferowane są ogórki małosolne, orzeszki ziemne i jagodzianki. W Kambodży po pierwsze nie ma parawanów - każdy kryje się pod słomianą strzechą na drewnianym podeście wyłożonym matami, a od morza oddziela jedynie hamak. Po drugie - świeże kraby. Śliczne, aż żal rozłupywać ich pancerze i szczypce. Paluszki krabowe z supermarketu to w porównaniu kpina.

Ktoś powie - no tak, może i, ale tutaj jest więcej kłopotu niż jedzenia. Jestem w Kambodży - mam czas...

squidy

Kalmary ze świeżym zielonym pieprzem. Ogromna porcja zaserwowana mi w knajpce przy targu owoców morza. Podłoga w powyższym przybytku to po prostu pomost - pod dechami szumi morze, boski zapach soli w powietrzu, a kilka metrów dalej dzieciaki wchodzą po pas do wody, żeby sprawdzić, czy w zastawionych na kraby klatkach już coś jest. A tak a propos pieprzu - byłam, "gdzie pieprz rośnie" i to wcale nie w ramach ucieczki, a w ramach wycieczki motorowej. Wiecie już zatem, gdzie rośnie pieprz, ale może jesteście ciekawi JAK:

pieprz

Pieprz jest pnączem, a jego owoce w zależności od obróbki stają się pieprzem zielonym, białym, czerwonym bądź czarnym. Zielony to najmłodszy owoc, czarny to już dojrzały, suszony na słońcu, biały traci czarne łuski po kilkudniowym namoczeniu, a czerwony jest ekstremalnie dojrzałym owocem rzadkiego gatunku.

Niewiele rzeczy jest w stanie konkurować ze świeżym pieprzem pod względem aromatu. Jest jednak owoc, z którego intensywnym zapachem żadna konkurencja nie ma szans.

durian

Durian - król kontrowersji. Dla niektórych smród starych skarpet i przeterminowanego sera pleśniowego. Dla innych - niebo w gębie. Kolczasta łupina skrywa miękkie, żółte wnętrze, które sprawnie dzieli się na cząstki. Ostrzegano mnie, że to typ owocu, który się kocha lub którego się nie znosi, ale spróbowawszy stwierdziłam, że nie wywołuje u mnie tak skrajnych reakcji. Coś, co natomiast pokochałam i za czym na pewno nie raz zatęsknię - na zdjęciu poniżej:

sok z trzciny

Niechaj nie zmyli Was kufel - nie jest to piwo! To świeży sok z trzciny cukrowej z dodatkiem soku z limonki, która dodaje świeżej nuty do rozkosznej słodyczy całości. Jeszcze tylko porządna szufla kostek lodu i można pić, patrząc, jak właściciel stoiska przepuszcza przez prasę kolejne łodygi trzciny, wyciskając sok dla następnych klientów:

produkcja

Przyznam się, że takie maszyny widziałam już na południu Yunnanu, ale dopiero popularność tajemniczego napoju wśród Khmerów skłoniła mnie do degustacji. Pod spodem natomiast - zdjęcie czegoś nie widzianego przez mnie nigdy wcześniej:

khmerska zupa

W tajemniczym naczyniu pod kożuszkiem z ziół, w zupie o subtelnym, cytrynowym smaku pływają kawałki kalmarów. Naczynie zrobiono z metalu, który, jak pamiętam z lekcji fizyki w podstawówce - dobrze przewodzi ciepło. Dlatego też umieszczone we wgłębieniu ponad zupą rozżarzone węgielki pozwalają zupie utrzymać przyjemną temperaturę. Bardzo sprytne!

A na koniec w kwestii temperatur...

piwo angkor

tak, mrożony kufel pełen zimnego piwa, najlepszy dodatek do poobiedniej sjesty. Wiem, że piwo nie służy do wznoszenia toastów, ale troszkę jak na obrazie Magritte'a: "Ceci n'est pas une bière" - to tylko zdjęcie z piwem, więc toast też jest tylko opisem toastu...

(Teraz następuje odchrząknięcie i pauza.) "Za Towarzysza Podróży, bez którego nawet najlepsze jedzenie nie smakowałoby tak dobrze!"

05:44, suoziming88
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 czerwca 2010
Dlaczego Khmerzy nie palą czyli reklama dźwignią handlu

Czy wspominałam już o tym, że Chińczycy potwornie dużo palą? Jeśli nie zrobiłam tego wcześniej, niniejszym oświadczam: Chińczycy smrodzą, dymią i kopcą jak fabryczne kominy, odpalają jednego papierosa od drugiego. Dotyczy to zarówno bogaczy, jak i biednych (podobno istnieją papierosy po pół yuana za paczkę... 25gr...) Tymczasem w Kambodży, której poświęconych będzie kilka następnych wpisów - chmur dymu tytoniowego - brak. (Jedyne chmury to te zwiastujące porę deszczową.)  To, czego ludzie nie używają i nie potrzebują, zawsze można jednak próbować im sprzedać, opakowawszy stosownie. Przed państwem lekcja nieskutecznego marketingu - billboardy i plakaty prosto z kraju Khmerów:

crown

Dla niezorientowanych dodaję, że Kambodża jest królestwem. Chociaż walutą jest riel, równie często płaci się w dolarach amerykańskich. Riel to jedna czterotysięczna dolara. Puszka coca-coli kosztuje 2000 rieli (50 centów). 100 dolarów to majątek.

delon

Kambodża była kolonią francuską w latach 1863-1953. O ironio, francuski aktor Alain Delon, który firmuje swoim nazwiskiem papierosy WALCZYŁ po stronie swojego kraju w wojnie indochińskiej zakończonej przyznaniem Kambodży niepodległości! Ktoś ma ochotę na "taste of France"? ;)

life's rich

Porozmawiajmy o bogactwie... W 2004 roku na każdego obywatela Kambodży rocznie przypadały dwa tysiące dolarów. Dla porównania - nad Wisłą - co roku 13 800 dolarów na głowę.

disco

Co chciałbyś wygrać w promocji papierosów? Próbując dogodzić praktycznym Khmerom producent papierosów "Disco" kusi i wabi opornych klientów skuterami, rowerami, maszynami do gotowania ryżu, elektrycznymi wiatrakami (w upalnym Phnom Penh rzecz niezbędna) i oczywiście telefonami komórkowymi. W kwestii tych ostatnich - napotkana wolontariuszka opowiadała nam, że nawet dzieciaki z rodzin, które nie zarabiają dolara dziennie (!) wysyłały do niej sms-y.

angkor cig

No dobrze, skoro nie chcecie maszyn do gotowania ryżu i wiatraczków - ucieknijmy się do bardziej szczwanych rozwiązań: zagramy na waszej patriotycznej dumie. No dalej, Kambodżanie, zapalniczki w dłoń i podpalmy Angkor...

Ups, może to nienajlepszy pomysł, nawet Pol Pot nie odważył się podnieść czerwonej ręki na największą religijną budowlę świata, której pięć wież zdobi narodową flagę, kapsel najpopularniejszego piwa oraz miliony tandetnych suwenirów sprzedawanych turystom.

trociczki

Zamiast palić papierosy, Khmerzy palą kadzidełka i świeczki przed figurkami bogów pomyślności i bogactwa. Jak widać powyżej - bogom należy się też kolejka drinków, posłodzona kawa, sajgonki, pyzy... Czujni obserwatorzy zauważą pewnie, że coś chińskawo to wygląda i znaki zdobiące świątynię też jakby znad Żółtej Rzeki przypłynęły. Ano - zgadza się, w khmerskim markecie obok lodówek z coca-colą stoi ołtarzyk made in China z bogami, którzy pierwotnie zapewniali majętność w Państwie Środka. Jeśli przysłużą się i Kambodżanom - mogę im oddać nawet jeszcze jedną sajgonkę. Chociaż... nie, sajgonka jest moja! A za chwilę trochę więcej o jedzeniu :)

10:45, suoziming88
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 maja 2010
Trzecie jezioro

Hej Polacy, weźcie trochę tej wody, która robi z Warszawy nową "Wenecję Północy" (przecież wiadomo, że tytuł ten i tak należeć będzie po wsze czasy do Sztokholmu) i wyślijcie Yunnańczykom! Zapewniam was, że nie wzgardzą! Susza jak była, tak jest, osławiona pora deszczowa jakoś nijak nie chce nadejść, z nieba leje się żar, a lodówka, w której chciałoby się poszukać schronienia - jak na złość nazywa się "no frost" i jej funkcjonowanie odpowiada nazwie...

no frost

Czy wypada się więc dziwić, że kiedy znajoma Czeszka zaproponowała mi wypad do Chengjiang - miasteczka nad brzegiem jeziora Fuxian - nie wahałam się ani chwili? W Fuxian MOŻNA się kąpać!!! W pamięci wciąż mam jeszcze swoje wielkie rozczarowanie jakie wywołała wieść o zakazie kąpieli w Dianchi - pierwszym pod względem wielkości jeziorze yunnańskim, nad którym leży Kunming. Chińczycy zdążyli już zanieczyścić je wystarczająco skutecznie, by uniemożliwić korzystanie z niego entuzjastom kraula i żabki. Drugie jezioro Yunnanu - Erhai - fotografowałam jesienią przy okazji wycieczki do Dali, listopadowe temperatury nie sprzyjały jednak kąpielom. Teraz byłam stuprocentowo pewna - w trzecim jeziorze Yunnanu na pewno będę pływać i nic mnie nie powstrzyma!

Spod bram uniwersytetu złapaliśmy autobus (rodzaj męskoosobowy pojawia się dlatego, że oprócz Słowianek amatorami kąpieli w słodkiej wodzie było też dwóch Szwedów), który zawiózł nas... na kolejny autobus. On z kolei wywiózł nas za miasto, gdzie na całkowitym pustkowiu wyrosło ogromne centrum handlowe Luosiwan (zastanawiałam się, czy na świecie jest wystarczająco dużo marek ubrań, sprzętu elektronicznego itd. żeby wypełnić ten moloch - wejścia są oznaczone kilkunastoma literami alfabetu, budynek jest sześciopiętrowy...) i zaraz obok - południowy dworzec autobusów dalekobieżnych. Kiedy już bus do Chengjiang'u wypełnił się pasażerami (a tylko wtedy odjeżdża - wszelkie rozkłady są tu zbędne), czekała nas kolejna godzina w pozycji siedzącej. A potem dla odmiany... pięć kilometrów na piechotę w skwarze ;) Uspokoił nas dopiero ten widok:

fuxian most

Jezioro było na swoim miejscu i posłusznie czekało na nasz przyjazd. Jako że w podróży zgłodnieliśmy solidnie, przed zażyciem kąpieli udaliśmy się na obiad. Świeża ryba z kociołka, w sąsiednim - ryż z pieczonymi ziemniakami, warzywa... jednym słowem - uczta:

ryba z kotła

Z brzuszkami zaokrąglonymi przyjemnie zaczęliśmy powoli spacerować wzdłuż brzegu jeziora. Podglądaliśmy wędkarzy, z których część w ogóle nie korzysta z wędek - starszy pan na zdjęciu poniżej ponakręcał żyłki na kilkanaście szpulek ustawionych na moście. Czy technika ta jest skuteczna - nie mieliśmy okazji zaobserwować:

wędkarz bez wędki

Fuxian jest zaledwie trzecie w Yunnanie gdy brać pod uwagę powierzchnię ("tylko" 212 km kw.), ale pod względem głębokości przewyższa je w całych Chinach tylko Tianchi ("Niebiańskie Jezioro" na granicy chińsko-koreańskiej). Szczycąc się średnią głębokością 95 m, a maksymalną - prawie 160 m, Fuxian to też drugi w Chinach zbiornik co do ilości wody - jest jej tu 20 200 000 000 m kubicznych (20 miliardów 200 milionów metrów sześciennych)! Poza tym głębiny jeziora skrywają też ruiny dawnego miasta - odkryte w 1992 r., wciąż są obiektem badań archeologicznych.

Poczytawszy trochę o niesamowitym Fuxian, zaczęłam się zastanawiać, czy kiedykolwiek pływałam w tak głębokim akwenie (nie sądzę) i czy przy takich głębokościach woda nie będzie mrozić mi kości. Wzdłuż plaży rozstawili swoje stragany sprzedawcy kostiumów kąpielowych, sugerując, że w Fuxian jednak można zamoczyć nie tylko palec od nogi. Przy okazji - dowód, że nie kłamałam, opisując kiedyś chińskie kostiumy kąpielowe jako zbliżone w kroju do strojów łyżwiarek figurowych:

badejki

Zresztą kolejnym dowodem na to, że Fuxian nie robi pływakom krzywdy jest obecność Chińczyków i Chinek (!!!) w wodzie. Co prawda większość z nich nie potrafi porządnie pływać... :p Zachodzimy w głowę, jakim sposobem mieszkając w pobliżu tak pięknego, CZYSTEGO jeziora można zaniedbać naukę pływania, ale odpowiedź nasuwa się sama - jak można się tego nauczyć, w jednej z rąk trzymając parasol (tutaj - zgodnie z etymologią - chroniący przed słońcem) ?! ...

pływa w ciuchach

albo - jak na załączonym poniżej obrazku widać - ubrawszy się w jeansy i bluzy z długim rękawem ("strój łyżwiarki" to widocznie za mało - można się w nim - o zgrozo - opalić, lub raczej "sczernieć", jakby to wdzięcznie każda Azjatka określiła):

pływa w ciuchach

Dość biadolenia nad nieistniejącym pływactwem Chińczyków - o to niech się sami martwią! Wkładam gogle, zrzucam zbędne warstwy wierzchnich okryć i daję nura. Woda jest tak przezroczysta, że można policzyć igiełki wszystkich moczarek wyrastających gęstymi zagajnikami z dna. Kilka ruchów pływackich dalej moczarki i wodne trawsko znikają w głębinach, a temperatura wody znacznie spada - oho, tu już jest ładnych paręnaście metrów do dna. Kości mi bynajmniej nie zmroziło, kąpiel orzeźwiła za to rozkosznie i wakacyjnie. Bajka!

Wygrzewamy się na słońcu, "wodujemy" jeszcze raz, a potem już trzeba się zbierać - ostatni autobus powrotny niestety o 19-tej. Z okna autobusu podziwiamy jeszcze takie widoki:

z okna busa

Fuxian było moim trzecim yunnańskim jeziorem. Wycieczkę zaliczam do bardzo udanych, więc może rzeczywiście "do trzech razy sztuka"?

A dla wszystkich, którzy ponaglają "pisz, pisz" - zła i dobra wiadomość w jednym: w piątek lecę do Kambodży, by spędzić w kraju Khmerów dłuuuugie 13 dni. Przez dwa tygodnie nie będzie więc nowych notatek na blogu. Za to po powrocie - z pewnością pojawi się niejedna. Bądźcie cierpliwi, postaram się sowicie wynagrodzić Wam oczekiwanie :)

05:51, suoziming88
Link Komentarze (1) »
środa, 21 kwietnia 2010
Nło-dzi-ja

Czyli w standardowej transkrypcji z mandaryńskiego na alfabet łaciński: nuojiya. Nuo jak obiecać, ji jak podstawa i ya jak niższy (albo Azja). Z połączonych mocy tych trzech nazw powstał... nie, nie Kapitan Planeta tylko chiński odpowiednik nazwy fińskiej firmy produkującej telefony komórkowe. Czyta się tak jak w tytule, a piszę o tym dlatego, że zapytujecie, jak używa się komórki w Chinach. Hmm, w gruncie rzeczy tak samo :D Też można dzwonić (przycisk z zieloną słuchawką wygląda znajomo?) i wysyłać sms-y (ich chińska nazwa to "krótki list", z kolei komórka to shouji - "ręczne urządzenie". Telefon w ogóle to dianhua czyli elektryczna mowa. Nie mylić z diannao - "mózgiem elektrycznym", a może bardziej "elektronowym" to jest komputerem. No dobra, koniec dygresji...).

Przy pisaniu sms-a można korzystać z różnych metod, aby na ekranie wyskoczył pożądany "krzaczek". Dla mnie najprościej jest po prostu wpisać słowo w transkrypcji pinyin czyli używając "normalnego" alfabetu. Poniżej wyświetla się rząd pasujących do takiej wymowy znaków, z których przy pomocy strzałek wybieram ten właściwy. Oczywiście szczwany telefon często podpowiada i zgaduje, jakie słowo mogłam mieć na myśli... No dobra, dam Wam popatrzeć przez ramię ;)

shouji

Są i inne metody, zamiast jednak teraz babrać się w opisach, po prostu zademonstruję je Wam po powrocie... Niemniej ta opisana powyżej jest stosunkowo szybka i wygodna. A na koniec tej krótkiej notki z cyklu "pytanie i odpowiedź" jeszcze urocze logo prosto znad sklepu:

nuojiya

Nie ma głupich pytań - czekam na następne! Kahla - uściski!

16:13, suoziming88
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6